Artykuł konkursowy

Głosowanie zakończone Przejdź do listy tekstów konkursowych
50848 Sumienie Morloków
Aleksandra Janusz
Powoli zbliżam się do strefy ochronnej. Soczewki kontaktowe informują mnie o dystansie. Na dużym zoomie widać już ruiny miasta i chaty, jakie tubylcy klecą z ziemi, blachy falistej, kartonu, plastyku...

Sumienie Morloków

 

Powoli zbliżam się do strefy ochronnej. Soczewki kontaktowe informują mnie o dystansie. Na dużym zoomie widać już ruiny miasta i chaty, jakie tubylcy klecą z ziemi, blachy falistej, kartonu, plastyku i szkła – wszystkiego, co jest pod ręką. Zaczyna docierać do mnie odór, więc tłumię czułość węchu. Zanim tam się znajdę, przykręcę ją o dwa kolejne poziomy.

Przestawiam kontrolę ośrodkowego układu nerwowego na program czwarty. Mikroskopijna elektroda umieszczona w mózgu ucisza ciało migdałowate, strukturę współodpowiedzialną za odczuwanie emocji. Nauczyłam się już, że w obrębie strefy trzeba schować wrażliwość do kieszeni. Za pierwszym razem nie posłuchałam instruktorów i zostałam na siódemce. Skończyło się poważną traumą. Musieli mi całkowicie zresetować układ nerwowy, żeby nie utrwalił się zespół szoku pourazowego. A takiej radykalnej terapii nie powinno się zbyt często powtarzać.

Dzisiejsza wycieczka nie powinna robić na mnie wrażenia. Prognozy nie ostrzegają o migrujących hordach. Lekki, opancerzony egzoszkielet chroni mnie przed zagrożeniem fizycznym, a komplet szczepień przed biologicznym. Mimo wszystko czuję suchość w ustach.

Obszar, który monitorowała nasza enklawa, był stabilny prawie od dwóch dekad i zaczynał właśnie wchodzić w fazę wzrostu. Pojawiało się coraz więcej potomstwa, społeczność zaczynała produkować dość pożywienia, żeby dać sobie radę bez naszej pomocy. Na swoje nieszczęście byli bardzo religijni. Konwencja zabrania nam wprowadzania szczepień bez zgody miejscowej ludności. Kiedyś łapaliśmy po kilkoro naraz, dawaliśmy serię zastrzyków i wypuszczaliśmy na wolność, ale to się nie sprawdzało. Starsi osady często skazywali „podmieńców" na śmierć, a po kilku przypadkach zniknięć społeczność rozpoczynała odwetowe polowania na agentów. Zawsze istniało też ryzyko migracji, co oznaczało porażkę całego programu osadniczego.

Oswajaliśmy ich więc powoli. Długotrwała wymiana handlowa sprzyjała wzrostowi zaufania. Musieliśmy być ostrożni. Wyznawcy Zjednoczonego Boga nie przepadają za technologią. Naciskając na nich, ryzykowaliśmy nawrót fundamentalizmu. Ale byliśmy już na dobrej drodze – w tajemnicy przed resztą osady, na szczepienia zgodził się wódz.

Mijam pierwszą lepiankę. Nad chatami nie unosi się dym, nie słychać codziennej krzątaniny. Przełykam ślinę. Drobne ciało leży pośrodku udeptanej drogi, powykręcane w konwulsjach i poznaczone wybroczynami. Krąży nad nim rój tłustych much.

Pierwsze informacje o migracji dostaliśmy miesiąc temu od sąsiedniej enklawy. Uciekinierzy pochodzili z osady dotkniętej epidemią. Dostaliśmy polecenie, żeby ich zlikwidować, ale ktoś zapewne się wymknął. A nasi osadnicy byli ufni. Już dawno wyszli z etapu strzelania do wszystkiego, co się rusza.

Wyciągam przybornik, pobieram próbkę tkanki i zamykam igłę w hermetycznym pojemniku. Nic mi nie grozi, z materiałem tego typu trzeba jednak zachować maksimum ostrożności. Kiedyś się zdarzyło, że jedna enklawa stała się rozsadnikiem epidemii. Wszyscy byli zaszczepieni, ale wystarczyło jedno bezobjawowe zachorowanie i sami wyniszczyli dwie osady, które mieli chronić. Od tamtej pory nikt nie lekceważy procedur.

Właśnie dlatego nie reaguję i nie odrywam się od pracy, słysząc ruch za płotem z blachy. Dwie osoby. Jedna opancerzona. Jeżeli zaczną strzelać, egzoszkielet zamortyzuje kilka pierwszych pocisków.

– Ręce do góry!

Skończyłam już pracę, więc powoli podnoszę ramiona. Obawiam się, że nie wyglądam dość bezbronnie na ich potrzeby. Może powinnam od razu ich wyeliminować, zamiast czekać na agresję. W pancerzu jestem trzykrotnie szybsza i dziesięciokrotnie silniejsza.

Liczne implanty wzmacniają mój słuch, wzrok i refleks. A oni i tak na pewno są zarażeni.

Ale mimo wszystko są pod opieką naszej enklawy. Może nawet znam tę dwójkę z imienia.

Wychodzą zza płotu. Poprawka, trzy osoby. Jest tam dwóch mężczyzn, jeden ma na sobie toporny, stary model egzoszkieletu, łatany blachą cynkową i taśmą klejącą. Nie kojarzę jego twarzy. Drugiego znam, to kapłan. Nigdy mnie nie lubił, z wzajemnością. Nosi przybrudzony chałat z naszytymi piórami kruka. Zoom w soczewkach usłużnie podsuwa mi krwawe wybroczyny na białkach jego oczu i w zagłębieniu szyi. Zostało mu nie więcej niż czterdzieści osiem godzin życia.

Facet w egzoszkielecie w prawej ręce dzierży broń, na lewym ramieniu niesie dziewczynkę, pięcio-, może sześcioletnią. Śpi, ale nie widać po niej oznak choroby.

– Nie narażaj swojej duszy – syczy kapłan. – Zabij to monstrum. Została Zaszczepiona. Jest Morlokiem.

Jeden z epitetów, jakimi nas raczą. Według wyznawców Zjednoczonego Boga, na szczepionki się umiera. Kto przeżyje, zostaje czymś w rodzaju wampira. Wierzenia przyjmują różną formę w poszczególnych osadach, ale zawsze wypływa z nich taki sam wniosek.

– Zabij ją.

– Zamknij się. Będę brukał moją duszę, jak mi się tylko spodoba. I przysięgam, jeżeli nie dasz mi porozmawiać, pożałuję ci szybkiej śmierci i dam wykrwawić się w męczarniach.

Przypominam sobie, kim jest ten gość w egzoszkielecie – to syn wodza. Dziewczynka musi być wnuczką starego kacyka. Rozumiem, dlaczego żyją.

Kapłan spluwa.

– Głupiec. Oni sprowadzili na nas zagładę. Jak na początku Wieku, tak i teraz.

My? Przecież to oni odrzucali wszystkie ostrzeżenia naszych przodków. Prowadzili gigantyczne hodowle zwierząt, chociaż mówiliśmy, że to najlepsza droga do stworzenia nowego, groźnego patogenu. Potem odmawiali szczepień, twierdząc, że to spisek koncernów farmaceutycznych, aż wreszcie zrobili z tego element wierzeń religijnych.

Epidemia, która wykończyła cywilizację to tylko pojedynczy aspekt spektakularnej głupoty ludzkości. Nie chcieliśmy od nich ślepej wiary, tylko odrobiny refleksji. Tymczasem przywódcy dawali naszym przodkom granty i medale, klepali ich po plecach, ale słyszeli tylko to, co pasowało do ich własnych teorii. Podobno naszych przodków opłacały koncerny naftowe, farmaceutyczne, rządowe służby specjalne i ekolodzy. Gdyby rzeczywiście mieli tyle forsy, ludzkość byłaby uratowana.

Tymczasem syn wodza rzuca broń i ostrożnie podaje mi dziecko.

– Jej matka umarła o świcie – mówi do mnie. – Dałem małej sok z maku, żeby nie płakała. Ona jest zdrowa. Dostała wasz zastrzyk.

Patrzę mu w oczy i już wiem, o co mnie poprosi.

– Weź ją ze sobą. Możesz jej wszczepić tyle bluźnierczych implantów, ile chcesz, byleby żyła. Niech zejdzie pod ziemię i zostanie jedną z was. Legendy mówią, że kiedyś byliśmy jednym ludem.

Zapada milczenie. Nawet kapłan nie ośmiela się odezwać. Powinnam być wzruszona do bólu, ale program cztery blokuje nadmiar uczuć. Grzebię w przyborniku i wyjmuję niewielki szklany próbnik z testem biochemicznym.

– Najpierw muszę się upewnić – mówię. – Podaj mi jej dłoń.

Igła nakłuwa skórę i po kilku minutach już wszystko wiadomo. Okienko testu jarzy się na zielono. Schylam głowę.

– Przykro mi. Wirus już się namnaża. Pierwsze objawy wystąpią przed zachodem słońca.

– Przecież dostała zastrzyk…

– Pełną odporność dają dopiero trzy. Czy chcesz, żebym przetestowała też ciebie? Istnieje pewna szansa…

Widzę, jak kipi w nim gniew i odruchowo cofam się o krok. Już myślę, że będę musiała go zabić, ale on opuszcza wreszcie głowę, opadają mu ramiona. Jakby w jednej chwili postarzał się o kilkadziesiąt lat.

– Stanie się wedle woli Pana – mówi beznamiętnym tonem. Bierze dziecko na ramię i odchodzi.

***

Wieczorem w enklawie, po przejściu procedury odkażającej, udaję się prosto do laboratorium. Przestawiłam się na program siódmy i wspomnienia ze strefy sprawiają wrażenie odległych jak sen. Mimo wszystko dręczy mnie poczucie winy. Kapłani nie staną się mniejszymi bigotami, ale my możemy mieć lepszą szczepionkę. Soczewki nawiązują kontakt z bazą danych i podejmuję pracę tam, gdzie skończyłam ją poprzedniego dnia. Trójwymiarowe struktury cząsteczkowe wirują przed moimi oczami. Włączam program dziesiąty. Subkliniczny stan hipomaniakalny z częściowym odhamowaniem kory przedczołowej, czyli inspirację. I tworzę.